05 sierpnia 2014

majówka 2013: Mołdawia 4




Po szybkim śnie i mocnej pobudce w przymonastyrowej noclegowni szybko się zebraliśmy i uciekliśmy od piekielnych zakonnic pozwiedzać okolicę. Pierwszym naszym celem był znajdujący się nieopodal niewielki wodospad, do którego prowadziła ścieżka przez dziewiczo wyglądający las. Spodziewaliśmy się raczej czegoś bardziej okazałego, ale nawet ten niewielki wodospad wywołał u nas zachwyt, głównie ze względu na krajobraz, którego jest częścią. Gdy już skończyliśmy napawać swe oczy pięknem okolicy, wróciliśmy się do szlaku prowadzącego do monastyru wykutego w skale. Osobiście tam nie dotarłem, ale wysłałem aparat wraz z dziewczynami. W drodze powrotnej do wsi rzuciliśmy jeszcze okiem na św. źródło oraz hodowlę ptaków rozmaitych, prowadzoną przez miejscowych zakonników. W Saharnie przyszło nam czekać dłuższą chwilę na marszrutkę do Reziny w towarzystwie niesamowitego, słodkiego zapachu rozkładającej się padliny. Po wydostaniu się na jakąś większą drogę w Rezinie ruszyliśmy do Sorok, gdzie dotarliśmy po około 3h.

W Sorokach darowaliśmy sobie dzielnicę cygańską i ruszyliśmy zwiedzać zamek z wieku XV, który to pod koniec wieku XVII zajęty został przez polaków podczas wyprawy Jana III Sobieskiego na Mołdawię. Zamek do największych jakie widzieliśmy nie należał, szczególnie, że kilka dni wcześniej byliśmy w Kamieńcu Podolskim, ale przemiły Pan urzędujący tam opowiedział nam historię tego zamku z zacięciem jakie mają ludzie kochający to co robią. Historia opowiedziana była po Rosyjsku, ale nie przeszkadzało nam to zbytnio i czego nie zrozumieliśmy, bez problemu się domyślaliśmy (była też do wyboru opcja angielska,
ale dołączenie turystów z Rosji wymusiło tę, nie inną wersję językową). Po zwiedzeniu zamkowej kaplicy, wszystkich wież i murów ruszyliśmy w kierunku wylotu na Ryszkany, po drodze wydając ostatnie leje na chleb i Sprite'a. Gdy dotarliśmy na skraj miasta okazało się, że zakup chleba nie był najlepszym pomysłem gdyż ruszeni jakąś siłą wyższą spytaliśmy się czy aby na pewno jesteśmy na tym skraju miasta co trzeba. Nie, nie byliśmy. Robiło się późno, a droga przed nami była jeszcze daleka, więc czym prędzej ruszyliśmy na drugi koniec miasta piechotą, bo na marszrutkę już nas nie było stać. Pytając się po drodze o jak najszybciej dostać się na odpowiedni wylot z miasta zostaliśmy przez miejscowych wyposażeni w pieniądze na przejazd i wrzuceni do odpowiedniej marszrutki. Kierowca (jak i wszyscy inni na Mołdawii) również okazał się bardzo pomocny dla turystów i nie tylko wysadził nas dokładnie w tym miejscu, w którym chcieliśmy, ale jeszcze nie chciał od nas anie jednego leja! Po raz kolejny podniesieni na duchu dobrocią bijącą od ludzi, ruszyliśmy w drogę powrotną. Jeśli pamięć mnie nie myli kawałek za zjazdem na Ryszkany wypadł nasz ostatni nocleg, podczas którego niemal uroczyście
skończyliśmy chleb z Ukrainy, przegryzając świeżym chlebem mołdawskim i ostatnią szynką konserwową, wokół której siedzieliśmy podczas tej kolacji. Następnego dnia rano ruszyliśmy dalej na Ukrainę, a że było to 3 maja to mieliśmy wywieszoną flagę co okazało się niezwykle pomocne (flaga była wywieszona od 1 maja oczywiście!). Nie minęło wiele czasu, a zatrzymał się samochód z Polski (!), a w środku małżeństwo polsko-ukraińskie, które zatrzymało się tylko dla tego, że zobaczyli flagę. Żeby było zabawniej dojechaliśmy z nimi do samego Lwowa. Reszcie dziewczyn poszło trochę gorzej i musieliśmy na nie czekać chwilę poczekać we Lwowie.


I tak kończy się nasza Mołdawska przygoda, przygoda po niesamowitym kraju, w którym czas się zatrzymał, gdzie nadal spędza się stada zwierząt z pastwisk środkiem drogi, gdzie łatwiej o poradziecki pomnik czy budynek niż coś mołdawskiego, gdzie ludzie się mili i życzliwi aż nienaturalnie dla kogoś z zachodu, a widok turystów wywołuję u nich szczerą radość. Tych pięć dni na Mołdawii było niesamowitym przeżyciem, z którego mam niezliczone ilości wspomnień i doświadczeń. Niestety próba spisania tych historii nie wypaliła, bo kończenie tej opowieści po grubo ponad roku nie można uznać za sukces. Nie oznacza to, że nie będę dalej wypacał się tutaj o moich przygodach, ale trzeba będzie zmienić rodzaj tych wypocin i pierwsze próby podejmę już w najbliższych dniach!









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz