05 grudnia 2013

majówka 2013: Mołdawia 3





Na wcześniej wspomnianym parkingu przy Starym Orgiejowie zabawiliśmy jeszcze trochę czasu. Skorzystaliśmy ze znajdującego się tam kraniku celem uzupełniania zapasów wody pitnej (lub niekoniecznie), obmycia się choć trochę z brudu jaki zbieraliśmy na całym szlaku oraz by zaplanować dalszą trasę do Saharny. Gdy już czyści, wypoczęci, pożywieni i pełni energii po sukcesach dni poprzednich ruszyliśmy znów w drogę, łapać dalej okazję, na niezwykle nieuczęszczanej drodze, nikt z nas nie spodziewał się jakie ten dzień nieszczęścia ze sobą niesie. Zaczęło się dosyć niewinnie, od zwykłej rutynowej kontroli jednego z samochodów, który złapaliśmy. Myślę, że nie byłoby takiego stracha w związku z tą sprawą gdyby nie fakt, że samochód był dwuosobowy, a koleżanka jechała jako trzecia z tyłu samochodu razem z przewożonym towarem i naszymi plecakami. Nie wiem czy policjant zobaczył kulącą się w sobie i za kartonem moją towarzyszkę, ale na pewno rozmawiając z kierowcą za samochodem zaglądał w pakę przez przyciemniane szyby. Skończyło się na banknocie wsuniętym przez kierowce między prawo jazdy, a dowód rejestracyjny i jak później się zarzekał nie chodziło z tym papierkiem o nas i nie chciał zwrotu. Może to jakiś tamtejszy zwyczaj, że daje się policji napiwki za przykładne strzeżenie porządku?

Ale wracając do naszej podróży do miejscowości Step-Soci dostaliśmy się trzema czy czterema stopami i zachęceni niezłym tempem zatrzymaliśmy się w sklepie na północnym skraju miasta celem nabycia czegoś zimnego do picia i lodów. Rozłożywszy się naprzeciw sklepu, który jak na sklep na wsi przystało, był głównym ośrodkiem kultury dzieci, młodzieży i pijaczków, pochłonęliśmy lody i zaczęliśmy łapać dalej. Ruch był nieduży, ale i tak w miarę szybko złapaliśmy TIRa (a dokładniej ciągnik siodłowy, bo TIR to przeca co innego), który z braku pobocza zatrzymał się praktycznie na środku drogi, więc żeby nie zawalał jej zbyt długo szybko złapaliśmy plecaki, pobiegliśmy do szoferki i wpakowaliśmy się do środka. Kierowca jak się okazało jechał dokładnie tam gdzie potrzebowaliśmy (no prawie, ale dalej i tak nic nie jeździło zupełnie) więc zupełnie wyluzowani jechaliśmy szczęśliwi, że będziemy na miejscu przed resztą wycieczki. Z szoferki rozpościerał się piękny widok, który głupio byłoby nie uwiecznić, szczególnie z jednego z najwyższych pagórków w okolicy. Zapatrzony w ten majestatyczny i jedyny w swoim rodzaju landszaft w porę się opamiętałem i jeszcze przed wjazdem na szczyt pagórka odwracam się do koleżanki siedzącej z tyłu na kanapie, aby mi podała aparat. Ale zanim zdążyłem coś powiedzieć uświadomiłem sobie, że wsiadając nie podałem jej go, a ja go też nie miałem i lekko się zląkłem, że przepadł, ale dla pewności zapytałem. Przerażenie w jej oczach powiedziało mi wszystko nim jeszcze powiedziała, że go nie ma. W tym momencie coś we mnie pękło.

Aparat leży tam już od 20-30 minut, jakie są szanse, że ludzie rozchodzący się do domów ze sklepu go nie spostrzegli? Małe? Bardzo małe?

Bez zdjęć, które do tej pory mieściły się na jednej karcie cała wyprawa traci sens, a 3/4 wspomnień przepadnie w mrocznych otchłaniach naszych umysłów (nawet teraz tworząc te wpisy za swoistą pamięć zewnętrzną służą mi zdjęcia i mapa naszej tułaczki).

Bez aparatu moje życie traci sens, co ja będę robił? Skąd wezmę nową cyfrówkę i krótki obiektyw?
Trzymałem się tylko dzięki nadziei, że może jednak aparat jest jeszcze przy drodze oraz fakt, że w plecaku miałem jeszcze dwa analogi i teleobiektyw. Szybko zebrałem myśli i wspinając się wysoko ponad moje umiejętności lingwistyczne wyłożyłem kierowcy mój problem, który bez przekonania powiedział, że jak chcę to może zatrzymać samochód swojej firmy jadący w drugą stronę, wrzucić mnie do niego i pojadę sobie do tego pechowego miejsca. Kiedy powtórzył mi to jeszcze raz, bo za pierwszym razem nie pojąłem i dalej chciałem wyskoczyć i na własną rękę łapać coś w przeciwnym kierunku, zgodziłem się na tę propozycję. Jeśli sądzicie, że wezwał jakiegoś ziomka przez radio lub zadzwonił, to się grubo mylicie. W pewnym momencie się zatrzymał, włączył światła awaryjne, zatrąbił i zamachał na ciężarówkę jadącą z naprzeciwka, a ta również się zatrzymała. Nasz kierowca pokrótce wytłumaczył o co chodzi, a ja szybki zmieniłem szoferkę, zostawiając plecak pod opieką koleżanki, która jechała dalej do Reziny. Z duszą na ramieniu jechałem z powrotem do felernej miejscowości, a gdy tylko zobaczyłem znajome mi miejsce, w którym leżały nasze plecaki zacząłem wypatrywać aparatu. Nie spodziewałem się go tam dojrzeć z tej pozycji więc szybko wyskoczyłem dziękując kierowcy i ruszyłem, by bliżej przyjrzeć się miejscu naszego niedawnego popasu. Podchodziłem z narastającym napięciem, bo aparatu nie widać. Ale może jest w tych wysokich trawach? Może jak podejdę bliżej to go tam ujrzę? Nie tracąc więc nadziei szedłem dalej, aż w końcu ujrzałem dobrze mi znajomy czarno-biało-czerwony pasek wystający z trawy. I nagle wszystkie troski znów odpłynęły, znów byłem na wakacjach 1000km od domu z aparatem pod ręką. Pełen radości ruszyłem więc w stronę Reziny machając na każdy przejeżdżający samochód.

Na miejscu spotkałem całą ekipę, zajadającą się czekoladą, która odetchnęła z ulga, że aparat znalazłem i nie będę już do końca wyjazdu zły na cały świat. Mając czas, bo ostatni busik do Saharny już odjechał, złapaliśmy oddech prze czekającym nas spacerkiem, a ja ochłonąłem po mocnych doznaniach ostatniej godziny. Droga do Saharny z racji zachodzącego słońca nie była zbytnio uciążliwa mimo iż prowadziła asfaltem (wyłożonym rozjechanymi trupkami większej ilości gatunków węży, niż występuje w polsce) pod górkę aż do wymarzonego celu podróży, w którym znajduje się naturalnie monastyr, ale także święte źródełko oraz już nie święty wodospad. Na miejscu posililiśmy się w sklepie mniej lub bardziej miejscowymi produktami, po czym ruszyliśmy dalej poszukując miejsca na namioty. W tym celu weszliśmy na szczyt pobliskiego wzgórza, z którego rozpościerał się piękny widok na Dniestr. Nie znalawszy dogodnego miejsca na namioty nacieszyliśmy przez chwilę swe oczy pięknym widokiem i jeśli dobrze pamiętam swe brzuchy jakąś strawą, a potem ruszyliśmy w dół, by zapytać się duchownych z miejscowego monastyru gdzie możemy się rozbić. Jednak zamiast wskazać nam jakiegoś dogodnego miejsca na obozowanie odesłali nas do pobliskiego domu pielgrzyma gdzie podjęła nas wielce niezadowolona siostra, która nie raczyła nam wskazać łazienki (o ile tam była), w bardzo niemiły sposób powiedziała nam dobranoc, a następnego dnia skoro świt obudziła nas w niezwykle brutalny sposób. Ale mimo wszystko miło było przespać się na łóżku w pościeli, nawet jeśli to była skrzypiąca prycza w miejscu o tak nie miłej obsłudze.


mój mołdawski harem w haremowym ubraniu

przydrożna kapliczka jakich wiele na Mołdawii


23 listopada 2013

Голодомор, Wielki Głód na Ukrainie




Dzisiaj na zwykłym spacerze z aparatem po Starówce, trafiłem na akcję przypominającą o Wielkim Głodzie na Ukrainie, mającemu miejsce równe 80 lat temu. Pomiędzy turystami przechadzali się ludzie ze zniczami w rękach i rozdawali ulotki, w których można przeczytać podstawowe informacje o tej klęsce głodowej.





Żeby nie przepisywać tutaj ulotki, ciekawych odsyłam do Wikipedii czy innych stron z informacjami o Wielkim Głodzie.

Wakacje z Szarżą, "Kowal"



Wakacje skończyły się już dawno, a ja dopiero teraz zebrałem się w sobie i przysiadłem do zdjęć z tego okresu. Dla mnie ten wspaniały okres letniego lenistwa i odpoczynku minął w malowniczej okolicy Rezerwatu Źródła Rzeki Łyny, gdzie w miejscowości o nazwie takiej jak i rzeka zażywałem świeżego powietrza na obozach konnych. Nie mogę jednak napisać, że były to wakacje w siodle, gdyż więcej czasu spędzałem z widłami przerzucając to co z konia wyleci, pchając taczkę pełną tego co przerzucałem, czy roznosząc siano. Ale narzekać nie mogę, a przynajmniej nie powinienem, jako że zgłosiłem się na stajennego z własnej nieprzymuszonej woli, tyłek w siodle też trochę w międzyczasie poobijałem. Oprócz radości jaką daje jazda konna i zachowanie w stajni możliwie jak największej czystości, udało mi się dużo lepiej poznać koniuchy, szpachlować dziury w ścianie kawałkiem deski i złamanym zawiasem, czy podpatrywać kowala przy podkuwaniu i rozczyszczaniu kopyt, a nawet wraz z praktykantkami z SGGW samemu się sprawdzić w szlifowaniu końskich paznokietków. Jak można się domyśleć po tytule dzisiejszy wpis będzie zbiorem zdjęć traktujących właśnie o pracy kowala (z przyczyn chyba dosyć oczywistych mnie na nich z pilnikiem nie zobaczycie).






Żeby Was nie zanudzać tym co nudne i co jest tylko szczegółem, a jak wiadomo polak szczegółem gardzi, oraz by nie pisać o rzeczach, na których nie znam się, wspomnę tylko, że koniom, podobnie jak człowiekom paznokieć, narasta puszka kopytowa i co parę tygodni trzeba ją obciąć do poziomu odpowiedniego i wyrównać. Podków natomiast używa się gdy kopytko jest za słabe i się psuje pod koniem, ale są też podkowy ortopedyczne do korygowania czegoś tam. Mam nadzieję, że mocno nie skłamałem w tym akapicie ;]






















Tutaj mieliśmy dwie nasze praktykantki próbujące swoich sił przy manicure, a teraz przechodzimy do sedna, czyli zawodowcy przy pracy.










To była mała dygresja od Mołdawii, ale następny wpis mam nadzieję zakończy naszą tułaczkę po radzieckim skansenie i mam nadzieję, że wpis takowy pojawi się niebawem.


11 października 2013

majówka 2013: Mołdawia 2

















Jak w poprzednim poście się rzekło, po wejściu na szczyt, widocznej na pierwszym zdjęciu góry, schroniliśmy się w jej cieniu, aby się posilić i zaczekać na resztę naszej wyprawy, a było to około godziny 10. Czekać przyszło nam długo i z przerażeniem patrzyłem jak słońce wspina się na nieboskłon coraz wyżej, pozbawiając nas błogiego cienia, dającego nam schronienie przed potwornymi upałami (jeśli wierzyć jednemu z kierowców dobrze ponad 40 kresek nad zerem w skali Celcjusza). Gdy na stokach zabrakło już cienia, przenieśliśmy się na szczyt, by tam siedząc pod krzyżem wypatrywać na horyzoncie trzech postaci z plecakami, które niechybnie będą naszymi koleżankami (bo kto inny zapuszczałby się w taką czarną dziurę?). Po niespełna trzech godzinach spędzonych na rafie dotarła do nas reszta wycieczki i zaczęliśmy się wymieniać pierwszymi spostrzeżeniami i obserwacjami z Mołdawii. Naszą wymianę doświadczeń zakłóciło pojawienie się samochodu na polskich blachach, z którego wysiadło przemiłe małżeństwo, podróżujące po tym kraju i miejscowy mówiący po polsku! Po zapoznaniu się z nowo przybyłymi, wróciliśmy do wymiany przeżyć w powiększonym składzie, przywołując też historie z ubiegłych wycieczek na Ukrainę. Po zrobieniu sobie pamiątkowe zdjęcia  pożegnaliśmy się z Polakami z Dakara (taki napis ma ich samochód na bokach), znów się podzieliliśmy i ruszyliśmy do Bielców. Po dostaniu się do miasta i przejściu na drugi jego koniec na wylotówkę w kierunku Orgiejowa, uznaliśmy, że mamy dość czasu by poszukać sklepu i zrobić jakieś zapasy. Coby nie błąkać się po okolicy bez celu, spytaliśmy się starszego pana na przystanku gdzie tu znajdziemy jakiś sklep. Wskazał nam drogę do sklepu, który był nieopodal, jednak przestrzegł nas, że to osiedle Romów i nie mamy się co tam zapuszczać, jednocześnie zapraszając do siebie na poczęstunek i nocleg w jego ogródku (chatynkę miał niewielką i nawet na podłodze zbytnio miejsca nie było). Nasz przypadkowy gospodarz nazywał się Jura i mieszkał dwa domy od wyżej wspomnianego przystanku. Na podwórku prócz lichego ogródka i wychodka miał klatki z drobiem, małego pieska oraz stół stojący obok wejścia do domu, a przy którym to długie godziny ćwiczyłem mój łamany rosyjski przed snem. Przed rozłożeniem namiotu i ułożeniem się do snu, Jura pokazał nam swój album przyozdobiony niesamowitymi rysunkami i zdjęciami w nim zawartymi streścił swoje życie, a mu staraliśmy się jak tylko potrafiliśmy także mu coś opowiedzieć.

Następnego dnia wstaliśmy skoro świt, zrobiliśmy sobie szybką fotkę z maskotką Igrzysk Olimpijskich z roku 1980 i ruszyliśmy za Orgiejów, do pierwszych monastyrów na naszej Mołdawskiej mapie. Kilkanaście kilometrów za Orgiejowem, kawałek za niewielkim zjazdem z głównej drogi jest zjazd do kompleksu historyczno-kulturowego "Stary Orgiejów", który był naszym celem. Na miejscu spotkaliśmy parę polskich grup podobnych do naszych, które właśnie jadły śniadanie czy zwijały namioty. Nie znalawszy jednak wśród nich naszych koleżanek, zrobiliśmy zdjęcie mapy okolicy od dobrych rodaków i ruszyliśmy do pobliskiego miasteczka w poszukiwaniu sklepu zaopatrzonego w lody, a w którym przy okazji zostawiliśmy plecaki, żeby się nie przemęczać. Po wejściu na górę, spotkaliśmy resztę ekipy i wspólnie zaczęliśmy zwiedzać, ograniczając się jednak tylko do dwóch monastyrów, pięknej panoramy i architektury pobliskiej wsi typowej dla wschodu. Po zejściu na dół usiedliśmy na parkingu w cieniu drzew, zjedliśmy śniadanie i gdy zbieraliśmy siły, by wyjść na panujący dookoła skwar i jechać dalej, na parking zajechał Dakar z polskimi rejestracjami, a w środku nasi znajomi z dnia poprzedniego!




























26 września 2013

Niemcy: Bastei

Co prawda z Mołdawii wróciliśmy już kilka miesięcy temu, ale z braku czasu, internetu i weny ciężko było mi tutaj coś zamieszczać. Skoro jednak pogoda sprzyjająca podróżom już prawie odeszła i kilka dni temu wróciłem z ostatniego wyjazdu w najbliższym czasie, pora się wziąć i zacząć coś wrzucać.

Na dobry początek wspomniana wyżej wyprawa do Bastei, do której wybraliśmy się skuszeni wspaniałymi zdjęciami znalezionymi w sieci. Niemcy idą na pierwszy rzut bo:
-to ostatnia przeze mnie odbyta podróż
-mogę ją przedstawić w 2 zdjęciach

my pełni werwy i nadziei na piękne widoki

parę godzin później zmieniamy taktykę
i staramy się wydostać z Niemiec

Oba powyższe zdjęcia są zrobione nieopodal miejscowości Burkau, przy zjeździe z autostrady. W ciągu paru godzin łapania stopa do Bastei mimo niemałego ruchu zatrzymała się tylko jedna osoba jadąca tylko kilka kilometrów dalej. Po zmianie kierunku wcale nie było łatwiej, bo zabrały nas dopiero w 39h, od przybycia na to miejsce panie, które jechały do pracy i widziały nas w tym samy miejscu poprzedniego dnia w tym samym miejscu i się zlitowały. Po przesiadce do polskiego tira i przekroczeniu granicy powrót do domu poszedł dużo szybciej.

26 kwietnia 2013

Mołdawska majówka

"W dniu kiedy Pan Bóg rozdawał ludziom ziemię, Mołdawianin akurat zaspał. Zbudził się, gdy było już po wszystkim. "Co ze mną będzie Panie Boże? - zapytał smutno. Pan Bóg popatrzył z góry na zaspanego i zmartwionego Mołdawianina, i zaczął się zastanawiać, ale nic mu nie przychodziło do głowy. Ziemia była już rozdzielona i jako Bóg nie mógł kwestionować własnych decyzji, a tym bardziej zajmować się przesiedleniami. Machnął w końcu ręką i powiedział: 'No trudno. Chodź, zamieszkasz ze mną w raju'. Taka jest legenda."
Andrzej Stasiuk. "Jadąc do Babadag". Strona 140.


Dopijając jedną z ostatnich słodzonych herbat w najbliższym czasie, po raz ostatni sprawdzam, czy baterie są naładowane, karty puste, a filmy spakowane. Wrzucam aparaty na wierzch spakowanego plecaka              i zaczynam odliczać godziny do wyjścia na szlak. Jak nie trudno się domyślić jedziemy do Mołdawii, aby przekonać się czy powyższa historyjka jest zabawną anegdotką, czy jednak ma coś wspólnego z prawdą. Wracając nie sposób nie skorzystać z okazji i nie zwiedzić przynajmniej kawałka dawnych Kresów Rzeczpospolitej. Tak więc wypatrujcie relacji i zdjęć z wyprawy za jakieś 2 tygodnie, a na razie musicie się zadowolić paroma zdjęciami z zeszłorocznej majówki na Ukrainie.






PS
z powodu przekroczenia limitu danych w tym miesiącu, nie zdołałem dodać żadnych postów w minionym tygodniu, mimo że praktycznie są już gotowe i z tegoż powodu dzisiaj tylko 3 zdjęcia, ale obiecuję, że jeśli wrócę to nadrobię zaległości ;]

18 kwietnia 2013

zachody

W końcu nastał ten dzień kiedy moja twórczość zawitała w sieci dla szerszego grona odbiorców. Z tej okazji na pierwszy post idzie kilka zachodów słońca, jakie udało mi się do tej pory sfotografować.