Na wcześniej wspomnianym parkingu przy Starym Orgiejowie zabawiliśmy jeszcze trochę czasu. Skorzystaliśmy ze znajdującego się tam kraniku celem uzupełniania zapasów wody pitnej (lub niekoniecznie), obmycia się choć trochę z brudu jaki zbieraliśmy na całym szlaku oraz by zaplanować dalszą trasę do Saharny. Gdy już czyści, wypoczęci, pożywieni i pełni energii po sukcesach dni poprzednich ruszyliśmy znów w drogę, łapać dalej okazję, na niezwykle nieuczęszczanej drodze, nikt z nas nie spodziewał się jakie ten dzień nieszczęścia ze sobą niesie. Zaczęło się dosyć niewinnie, od zwykłej rutynowej kontroli jednego z samochodów, który złapaliśmy. Myślę, że nie byłoby takiego stracha w związku z tą sprawą gdyby nie fakt, że samochód był dwuosobowy, a koleżanka jechała jako trzecia z tyłu samochodu razem z przewożonym towarem i naszymi plecakami. Nie wiem czy policjant zobaczył kulącą się w sobie i za kartonem moją towarzyszkę, ale na pewno rozmawiając z kierowcą za samochodem zaglądał w pakę przez przyciemniane szyby. Skończyło się na banknocie wsuniętym przez kierowce między prawo jazdy, a dowód rejestracyjny i jak później się zarzekał nie chodziło z tym papierkiem o nas i nie chciał zwrotu. Może to jakiś tamtejszy zwyczaj, że daje się policji napiwki za przykładne strzeżenie porządku?
Ale wracając do naszej podróży do miejscowości Step-Soci dostaliśmy się trzema czy czterema stopami i zachęceni niezłym tempem zatrzymaliśmy się w sklepie na północnym skraju miasta celem nabycia czegoś zimnego do picia i lodów. Rozłożywszy się naprzeciw sklepu, który jak na sklep na wsi przystało, był głównym ośrodkiem kultury dzieci, młodzieży i pijaczków, pochłonęliśmy lody i zaczęliśmy łapać dalej. Ruch był nieduży, ale i tak w miarę szybko złapaliśmy TIRa (a dokładniej ciągnik siodłowy, bo TIR to przeca co innego), który z braku pobocza zatrzymał się praktycznie na środku drogi, więc żeby nie zawalał jej zbyt długo szybko złapaliśmy plecaki, pobiegliśmy do szoferki i wpakowaliśmy się do środka. Kierowca jak się okazało jechał dokładnie tam gdzie potrzebowaliśmy (no prawie, ale dalej i tak nic nie jeździło zupełnie) więc zupełnie wyluzowani jechaliśmy szczęśliwi, że będziemy na miejscu przed resztą wycieczki. Z szoferki rozpościerał się piękny widok, który głupio byłoby nie uwiecznić, szczególnie z jednego z najwyższych pagórków w okolicy. Zapatrzony w ten majestatyczny i jedyny w swoim rodzaju landszaft w porę się opamiętałem i jeszcze przed wjazdem na szczyt pagórka odwracam się do koleżanki siedzącej z tyłu na kanapie, aby mi podała aparat. Ale zanim zdążyłem coś powiedzieć uświadomiłem sobie, że wsiadając nie podałem jej go, a ja go też nie miałem i lekko się zląkłem, że przepadł, ale dla pewności zapytałem. Przerażenie w jej oczach powiedziało mi wszystko nim jeszcze powiedziała, że go nie ma. W tym momencie coś we mnie pękło.
Aparat leży tam już od 20-30 minut, jakie są szanse, że ludzie rozchodzący się do domów ze sklepu go nie spostrzegli? Małe? Bardzo małe?
Bez zdjęć, które do tej pory mieściły się na jednej karcie cała wyprawa traci sens, a 3/4 wspomnień przepadnie w mrocznych otchłaniach naszych umysłów (nawet teraz tworząc te wpisy za swoistą pamięć zewnętrzną służą mi zdjęcia i mapa naszej tułaczki).
Bez aparatu moje życie traci sens, co ja będę robił? Skąd wezmę nową cyfrówkę i krótki obiektyw?
Trzymałem się tylko dzięki nadziei, że może jednak aparat jest jeszcze przy drodze oraz fakt, że w plecaku miałem jeszcze dwa analogi i teleobiektyw. Szybko zebrałem myśli i wspinając się wysoko ponad moje umiejętności lingwistyczne wyłożyłem kierowcy mój problem, który bez przekonania powiedział, że jak chcę to może zatrzymać samochód swojej firmy jadący w drugą stronę, wrzucić mnie do niego i pojadę sobie do tego pechowego miejsca. Kiedy powtórzył mi to jeszcze raz, bo za pierwszym razem nie pojąłem i dalej chciałem wyskoczyć i na własną rękę łapać coś w przeciwnym kierunku, zgodziłem się na tę propozycję. Jeśli sądzicie, że wezwał jakiegoś ziomka przez radio lub zadzwonił, to się grubo mylicie. W pewnym momencie się zatrzymał, włączył światła awaryjne, zatrąbił i zamachał na ciężarówkę jadącą z naprzeciwka, a ta również się zatrzymała. Nasz kierowca pokrótce wytłumaczył o co chodzi, a ja szybki zmieniłem szoferkę, zostawiając plecak pod opieką koleżanki, która jechała dalej do Reziny. Z duszą na ramieniu jechałem z powrotem do felernej miejscowości, a gdy tylko zobaczyłem znajome mi miejsce, w którym leżały nasze plecaki zacząłem wypatrywać aparatu. Nie spodziewałem się go tam dojrzeć z tej pozycji więc szybko wyskoczyłem dziękując kierowcy i ruszyłem, by bliżej przyjrzeć się miejscu naszego niedawnego popasu. Podchodziłem z narastającym napięciem, bo aparatu nie widać. Ale może jest w tych wysokich trawach? Może jak podejdę bliżej to go tam ujrzę? Nie tracąc więc nadziei szedłem dalej, aż w końcu ujrzałem dobrze mi znajomy czarno-biało-czerwony pasek wystający z trawy. I nagle wszystkie troski znów odpłynęły, znów byłem na wakacjach 1000km od domu z aparatem pod ręką. Pełen radości ruszyłem więc w stronę Reziny machając na każdy przejeżdżający samochód.
Na miejscu spotkałem całą ekipę, zajadającą się czekoladą, która odetchnęła z ulga, że aparat znalazłem i nie będę już do końca wyjazdu zły na cały świat. Mając czas, bo ostatni busik do Saharny już odjechał, złapaliśmy oddech prze czekającym nas spacerkiem, a ja ochłonąłem po mocnych doznaniach ostatniej godziny. Droga do Saharny z racji zachodzącego słońca nie była zbytnio uciążliwa mimo iż prowadziła asfaltem (wyłożonym rozjechanymi trupkami większej ilości gatunków węży, niż występuje w polsce) pod górkę aż do wymarzonego celu podróży, w którym znajduje się naturalnie monastyr, ale także święte źródełko oraz już nie święty wodospad. Na miejscu posililiśmy się w sklepie mniej lub bardziej miejscowymi produktami, po czym ruszyliśmy dalej poszukując miejsca na namioty. W tym celu weszliśmy na szczyt pobliskiego wzgórza, z którego rozpościerał się piękny widok na Dniestr. Nie znalawszy dogodnego miejsca na namioty nacieszyliśmy przez chwilę swe oczy pięknym widokiem i jeśli dobrze pamiętam swe brzuchy jakąś strawą, a potem ruszyliśmy w dół, by zapytać się duchownych z miejscowego monastyru gdzie możemy się rozbić. Jednak zamiast wskazać nam jakiegoś dogodnego miejsca na obozowanie odesłali nas do pobliskiego domu pielgrzyma gdzie podjęła nas wielce niezadowolona siostra, która nie raczyła nam wskazać łazienki (o ile tam była), w bardzo niemiły sposób powiedziała nam dobranoc, a następnego dnia skoro świt obudziła nas w niezwykle brutalny sposób. Ale mimo wszystko miło było przespać się na łóżku w pościeli, nawet jeśli to była skrzypiąca prycza w miejscu o tak nie miłej obsłudze.
![]() |
| mój mołdawski harem w haremowym ubraniu |
![]() |
| przydrożna kapliczka jakich wiele na Mołdawii |
















































