11 października 2013

majówka 2013: Mołdawia 2

















Jak w poprzednim poście się rzekło, po wejściu na szczyt, widocznej na pierwszym zdjęciu góry, schroniliśmy się w jej cieniu, aby się posilić i zaczekać na resztę naszej wyprawy, a było to około godziny 10. Czekać przyszło nam długo i z przerażeniem patrzyłem jak słońce wspina się na nieboskłon coraz wyżej, pozbawiając nas błogiego cienia, dającego nam schronienie przed potwornymi upałami (jeśli wierzyć jednemu z kierowców dobrze ponad 40 kresek nad zerem w skali Celcjusza). Gdy na stokach zabrakło już cienia, przenieśliśmy się na szczyt, by tam siedząc pod krzyżem wypatrywać na horyzoncie trzech postaci z plecakami, które niechybnie będą naszymi koleżankami (bo kto inny zapuszczałby się w taką czarną dziurę?). Po niespełna trzech godzinach spędzonych na rafie dotarła do nas reszta wycieczki i zaczęliśmy się wymieniać pierwszymi spostrzeżeniami i obserwacjami z Mołdawii. Naszą wymianę doświadczeń zakłóciło pojawienie się samochodu na polskich blachach, z którego wysiadło przemiłe małżeństwo, podróżujące po tym kraju i miejscowy mówiący po polsku! Po zapoznaniu się z nowo przybyłymi, wróciliśmy do wymiany przeżyć w powiększonym składzie, przywołując też historie z ubiegłych wycieczek na Ukrainę. Po zrobieniu sobie pamiątkowe zdjęcia  pożegnaliśmy się z Polakami z Dakara (taki napis ma ich samochód na bokach), znów się podzieliliśmy i ruszyliśmy do Bielców. Po dostaniu się do miasta i przejściu na drugi jego koniec na wylotówkę w kierunku Orgiejowa, uznaliśmy, że mamy dość czasu by poszukać sklepu i zrobić jakieś zapasy. Coby nie błąkać się po okolicy bez celu, spytaliśmy się starszego pana na przystanku gdzie tu znajdziemy jakiś sklep. Wskazał nam drogę do sklepu, który był nieopodal, jednak przestrzegł nas, że to osiedle Romów i nie mamy się co tam zapuszczać, jednocześnie zapraszając do siebie na poczęstunek i nocleg w jego ogródku (chatynkę miał niewielką i nawet na podłodze zbytnio miejsca nie było). Nasz przypadkowy gospodarz nazywał się Jura i mieszkał dwa domy od wyżej wspomnianego przystanku. Na podwórku prócz lichego ogródka i wychodka miał klatki z drobiem, małego pieska oraz stół stojący obok wejścia do domu, a przy którym to długie godziny ćwiczyłem mój łamany rosyjski przed snem. Przed rozłożeniem namiotu i ułożeniem się do snu, Jura pokazał nam swój album przyozdobiony niesamowitymi rysunkami i zdjęciami w nim zawartymi streścił swoje życie, a mu staraliśmy się jak tylko potrafiliśmy także mu coś opowiedzieć.

Następnego dnia wstaliśmy skoro świt, zrobiliśmy sobie szybką fotkę z maskotką Igrzysk Olimpijskich z roku 1980 i ruszyliśmy za Orgiejów, do pierwszych monastyrów na naszej Mołdawskiej mapie. Kilkanaście kilometrów za Orgiejowem, kawałek za niewielkim zjazdem z głównej drogi jest zjazd do kompleksu historyczno-kulturowego "Stary Orgiejów", który był naszym celem. Na miejscu spotkaliśmy parę polskich grup podobnych do naszych, które właśnie jadły śniadanie czy zwijały namioty. Nie znalawszy jednak wśród nich naszych koleżanek, zrobiliśmy zdjęcie mapy okolicy od dobrych rodaków i ruszyliśmy do pobliskiego miasteczka w poszukiwaniu sklepu zaopatrzonego w lody, a w którym przy okazji zostawiliśmy plecaki, żeby się nie przemęczać. Po wejściu na górę, spotkaliśmy resztę ekipy i wspólnie zaczęliśmy zwiedzać, ograniczając się jednak tylko do dwóch monastyrów, pięknej panoramy i architektury pobliskiej wsi typowej dla wschodu. Po zejściu na dół usiedliśmy na parkingu w cieniu drzew, zjedliśmy śniadanie i gdy zbieraliśmy siły, by wyjść na panujący dookoła skwar i jechać dalej, na parking zajechał Dakar z polskimi rejestracjami, a w środku nasi znajomi z dnia poprzedniego!




























Brak komentarzy:

Prześlij komentarz